Są różne okresy w życiu, lepsze, gorsze, nijakie. Jednak każdy z nich niesie z sobą szereg wartości i nauk, które tworzą przyszłych nas. I tak właśnie z bardzo trudnego dla siebie okresu wyniosłam miłość dla Nicka Cave’a i jego dzieł.
Nie znam się na teorii muzyki. Ale znam dobrze praktykę mojego serca. Jego przyspieszenia i zwolnienia, momenty, w których gubi swój rytm lub dostosowuje się do innego. Kiedy goni by nadążyć za uniesieniem i uspokaja się w otulającym otoczeniu. Mimo iż niewyedukowane, jest na muzykę wrażliwe. Wzrusza się i przeżywa, znajduje spokój ale też gwałtowne emocje. Jednak rzadko się zdarza, by jeden artysta stał się źródłem całego wachlarza wrażeń. Rzadko, ale nie jest to niemożliwe.
I tutaj pojawia się Nick Cave – miłość i fiksacja. Człowiek, którego wyobraźnia i talent stworzyły muzykę, która niezmiennie, od lat porusza czułe punkty mojego serca. Pozwala mi zatopić się w mroku, kiedy tego potrzebuję; towarzyszy w biegu nadając rytm moim krokom; otula kocem w długie wieczory lub zmusza do poruszania się w hipnotycznym transie. Jest całym przekrojem muzyczno-emocjonalnym, a jego autentyzm przejawia się na każdym kroku, choć najlepiej widoczny jest na koncertach. Miałam okazję i przyjemność być na dwóch – wspomnienia z nimi związane są jednymi z najbardziej przeze mnie ukochanych. Na dwa nie pojechałam, mimo posiadanych biletów, z przyczyn skomplikowanych i złożonych – łączy się to z poczuciem żalu, aczkolwiek wierzę, że przede mną jeszcze niejedno spotkanie z Nickiem na żywo. I czekam na nie z radością. A na razie umilam sobie czas oczekiwania skacząc z płyty na płytę, z utworu w utwór. I przeżywam z lubością. I każdemu życzę odnalezienia takiej pożywki dla serca – niech ma co przeżywać.

Dodaj odpowiedź do BM Anuluj pisanie odpowiedzi